Decydujące spotkania odbyły się już w Danii, która była wówczas współgospodarzem imprezy. W roku bieżącym Polska jest już samodzielnym organizatorem Euro Volley. Mecze grupy A, w której grają biało-czerwoni rozgrywane są są w gdańsko-sopockiej ERGO Arenie. Pierwszy mecz tej grupy, będący meczem otwarcia całej imprezy odbył się jednak na Stadionie Narodowym w Warszawie. Rywalem podopiecznych Ferdinando di Giorgibyli Serbowie. Podobnie jak podczas inauguracji siatkarskich Mistrzostw Świata 2014, zakończonych wspaniałym triumfem polskich siatkarzy. Podobnie jak wtedy na trybunach zasiadło ponad 60 tys. widzów i podobnie jak wtedy padł wynik 3:0. Tyle tylko, że tym razem… w drugą stronę. 

Mecz otwarcia imprezy, w którym Polacy mierzyli się właśnie z Serbami, miał dać powody albo do optymizmu, albo do niepokoju. Zwycięstwo nadałoby drużynie Ferdinando De Giorgiego tożsamość, której do tej pory jej brakowało, i bardzo mocno przybliżyło do ćwierćfinału, a pewnie też i do gry o medale. Porażka to zejście na trudniejszą drogę przez baraż.

Najważniejsze dla Polaków spotkanie fazy grupowej poprzedziła krótka ceremonia otwarcia, którą twórcy przedstawili jako kosmiczną podróżna na planetę siatkówki. „Kosmos” chcieliśmy zobaczyć także na boisku.

Powszechna opinia w środowisku była taka, że tym razem Serbowie nie przestraszą się PGE Narodowego, tak jak było to trzy lata temu na inaugurację mistrzostw świata, i pokażą waleczność oraz swój słynny zadziorny charakter. Siłą Polaków miała być z kolei drużyna.

– Naszą najgroźniejszą bronią może być to, że ta drużyna miała czas, żeby się zżyć. Widzieliśmy siebie przez te kilka tygodni na treningach w Spale, wiemy, jaką siatkówkę gramy teraz. Moim zdaniem jest ona dużo lepsza od tej, którą pokazaliśmy w Lidze Światowej – mówił w przeddzień meczu kapitan biało-czerwonych Michał Kubiak. Wbrew obawom na jakość widowiska nie wpłynęła pogoda. Końcówkę sierpnia mamy chłodną, ale akurat w czwartek do Warszawy zawitało przyjemne, późne lato. Przed spotkaniem siatkarze obu drużyn pomyśleli pewnie, że znakomite są zarówno entourage widowiska, jak i pogoda. I o 20:30, zaraz po dwóch zwrotkach „Mazurka Dąbrowskiego” odśpiewanego a capella przez ponad 60 tysięcy kibiców, zaczęli.

A zaczęło się dla nas pięknie – od asa serwisowego Bartosza Kurka. W pierwszym fragmencie meczu to Polacy dominowali (8:5 na pierwszej przerwie technicznej), ale potem Serbowie pokazali to, czego wszyscy się spodziewali – że tym razem szybko otrząsną się ze stadionowego szoku, że są drużyną bardziej zgraną, o stabilniejszym poziomie, lepiej łączącą na boisku siłę ze sprytem. Kilka skutecznych bloków i kontr sprawiło, że gdy Kurek pojawił się na zagrywce po raz trzeci, było 20:17 dla gości. W samej końcówce był jeszcze krótki zryw naszej drużyny, ale i tak skończyło się 25:22 dla Serbów.

W drugiej partii drużyna Nikoli Grbicia potwierdzała, że na ten moment jest w niej więcej siatkarskiej jakości. Do wygranej wystarczył im krótki moment po drugiej przerwie technicznej – wypracowali wtedy dwa punkty przewagi, których Polacy nie potrafili odrobić. Nie mieli pomysłu, jak dobrać się do pewnych siebie rywali, nie mieli też do tego narzędzi. W decydujących momentach seta serwowali w aut. A nawet kiedy już mieli okazję do dogonienia Serbów, w boisku nie zmieścił się Dawid Konarski.

Przed meczem obawiano się o utrudniający siatkarzom grę chłód. Co do Polaków obawy były słuszne, bo drużyna z Bałkanów w pierwszych dwóch odsłonach rozprawiła się z nimi na chłodno. Pozbawienie Polaków dokładnego przyjęcia wystarczało, by wytrącić im atuty i doprowadzić na skraj wizerunkowej katastrofy, jaką byłaby porażka 0:3 w tak ważnym, tak długo oczekiwanym i tak efektownie przygotowanym widowisku.

Pierwsze dwa sety Polacy rozpoczynali lepiej od rywali, ale na dystansie dawali się dogonić i prześcignąć. W trzecim to Serbowie od początku narzucali warunki. Mecz stał się smutny do oglądania z perspektywy kibica naszej reprezentacji – widać było, że to przeciwnicy mają zwyczajnie więcej do zaoferowania. Dobrze bronili, oszukiwali nasz blok, a w ważnym momencie dołożyli jeszcze zagrywkę i „odjechali” na 16:11.
Trener De Giorgi w końcu zdecydował się na zmiany, za nieskutecznego Kurka wprowadził na boisko Rafała Buszka, na ataku Konarskiego zmienił Łukasz Kaczmarek, a Fabiana Drzyzgę na rozegraniu Grzegorz Łomacz. Decyzje wydawały się słuszne, ale i podjęte zbyt późno. Potwierdziła to bardzo dobra gra Kaczmarka, bo w głównej mierze to dzięki niemu udało się odrobić pięć punktów straty i doprowadzić do remisu 18:18, ale końcówka to znów błędy w przyjęciu i zablokowane ataki.

Nagłego zwrotu akcji nie było, happy endu nie było, skończyło się blokiem na kapitanie Kubiaku i porażką 0:3. To najgorszy możliwy początek turnieju dla Biało-Czerwonych, bo nie tylko odebrał im punkty, ale i pewność siebie. Choć kto wie, może tej pewności brakowało jeszcze przed spotkaniem.

Polacy wybrali w tych mistrzostwach trudniejszą drogę. Muszą teraz pokonać w Gdańsku Finlandię i Estonię, potem pewnie czeka ich baraż o ćwierćfinał. Powodów do optymizmu nie ma, drużyna De Giorgiego nadal musi szukać swojej tożsamości. Czasu na poszukiwania jest już niewiele.

 

ME 2017, 1. kolejka gr. A:

Polska – Serbia 0:3 (22:25, 22:25, 20:25)

 

Polska: Drzyzga (1), Konarski (10), Wiśniewski (7), Lemański (4), Kurek (6), Kubiak (11), Zatorski (libero) oraz Łomacz, Bieniek, Kaczmarek (4), Buszek.

Trener: Ferdinando De Giorgi

 

Serbia: Jovović, Luburić (13), Podrascanin (8), Lisinac (7), Kovacević (12), Petrić (15), Rosić (libero) oraz Okolić, Skundrić.

Trener: Nikola Grbić

 

 

——————————————-

Źródło: sportowefakty.wp.pl, Tekst: Grzegorz Wojnarowskipl

By kkorpas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *