Można (czasem nawet całkiem słusznie) bronić piłkarzy Arki w kontekście ich gry z ostatnich kilku spotkań. Tutaj pech, tam dobry mecz i brak skuteczności pod bramką, tu znowu brak farta. Ligowe punkty są jednak dla każdego klubu niczym tlen i trzeba je zdobywać bez względu na szczęście. Za kilkanaście lat praktycznie nikt nie będzie pamiętał tego spotkania, a do przypomnienia sobie dyspozycji żółto-niebieskich z sezonu 2018/19 będzie wystarczył prędki rzut oka na tabelę Ekstraklasy. A na niej Arka prezentuje się coraz gorzej…
Marzenia o Arce w górnej ósemce znikają tak szybko, jak trawa z płyty boiska. Na ten moment przestrzeń w promieniu kilku metrów od bramki przypomina bardziej klepisko, niż murawę z prawdziwego zdarzenia. Reszta pola gry również jest w opłakanym stanie, zupełnie jak gra Arki podczas pierwszej połowy spotkania. Gospodarze nie byli w stanie się przedostać na połowę swoich rywali, Legia kontrolowała mecz. Do gwizdka sędziego wieńczącego koniec pierwszej połowy utrzymał się jednak bezbramkowy remis. W drugiej części spotkania warszawiakom udało się w miarę szybko pokonać dwukrotnie Pavelsa Steinborsa. Najpierw w 59 minucie Carlitos posłał piłkę z dystansu w okienko. Arka, jak to ostatnio bywa, obudziła się po straceniu bramki. Bardzo dogodną okazję zmarnował Michael Olczyk, a parę chwil później goście wyprowadzili kontrę, po której Sandro Kulenović wpakował piłkę do bramki. Nadzieję na wyrównanie wyniku dał Maciej Jankowski strzelając gola głową i trener zdecydował się na ożywienie ataku przez wprowadzenie na boisko Luki Zarandii i Rafała Siemaszki. Gruzin starał się trochę w swoim stylu podryblować i wnieść świeżość do ataków Arki, lecz był często faulowany. Popularny „Siema” natomiast nie znalazł się w idealnej sytuacji do zdobycia bramki. Taką perfekcyjną okazję dostał od losu Tadeusz Socha. Chybił jednak z odległości kilku metrów ku rozczarowaniu swoim i ponad siedmiu tysięcy osób zgromadzonych na stadionie. Strzał ten podsumował cały występ prawego obrońcy gospodarzy. Arka walczyła i naciskała do samego końca spotkania, lecz czas skutecznie podkradali im legioniści i w konsekwencji dowieźli zwycięstwo na wyjeździe.
Kolejnych pięć spotkań dzieli Arkę i koniec sezonu zasadniczego Ekstraklasy. Gdynianie tracą 11 punktów do górnej ósemki tabeli, która jeszcze parę miesięcy temu była realnym celem. Zapowiada się kolejna nerwowa walka o utrzymanie na wiosnę. Następna okazja do zakończenia ciężkiego okresu i złapanie oddechu to wyjazdowy mecz przyjaźni z Zagłębiem Lubin. Gdynianie zmierzą się z „miedziowymi” już za tydzień, w niedzielę o 15:30. Miejmy nadzieję, że do tego czasu ktoś w klubie użyje radia, by nadać sygnał SOS. W przeciwnym wypadku Arka może opaść na samo dno ekstraklasowego morza…
LOTTO Ekstraklasa, 25. kolejka:
Arka Gdynia – Legia Warszawa 1:2 (0:0)
0:1 Carlitos 59′,
0:2 Kulenović 64′
1:2 Jankowski 68′
Arka: Steinbors – Zbozień (14′ Socha), Maghoma, Marić, Marciniak, Deja, Vejinović, Jankowski, Janota, Olczyk (68′ Zarandia), Kolev (73′ Siemaszko).
Trener: Zbigniew Smółka.
Legia: Majecki – Stolarski, Jędrzejczyk, Wieteska, Hlousek, Martins (74′ Astiz), Cafu, Kucharczyk, Carlitos (68′ Agra), Nagy (80′ Medeiros), Kulenović.
Trener: Ricardo Sa Pinto
Żółte kartki: Socha (Arka) – Martins, Cafu, Astiz (Legia)
Sędzia: Piotr Lasyk (Bytom)
Widzów: 7129
Ze Stadionu Miejskiego: Radosław KARWACKI-BASISTA
Foto: Ziemowit BUJKO