Wprowadzony w 59 minucie Adrian Błąd, który nie rozegrał dotąd zbyt wielu minut w żółto-niebieskim trykocie, kilka chwil później strzela jedną z ważniejszych bramek w dotychczasowej karierze, wyrównując stan Wielkich Derbów Trójmiasta i wpisując się trwale w historię gdyńskiego klubu. 

30 października na stadionie w Gdyni odbyły się bardzo długo wyczekiwane w Trójmieście derby pomiędzy Arką Gdynia a Lechią Gdańsk. Atmosferę meczu można było poczuć już kilka tygodni przed wyjściem piłkarzy na boisko, m. in wtedy, kiedy pseudokibice Lechii zaatakowali gdyńskich kibiców przygotowujących flagi w hali koszykarek, łamiąc nogi jednemu z nich i kradnąc projekt oprawy na derby.

Nawet neutralny kibic mógł poczuć atmosferę wielkiego wydarzenia, a że do tego mecz był naprawdę przyjemny, to cieszymy się, że na następny nie będzie trzeba czekać kolejne pięć lat. Za nami fajne, naprawdę fajne derby Trójmiasta. Pierwszym akcentem podkreślającym, że oglądaliśmy nieco inne niż 99% meczów ligowych spotkanie był przedmiot rzucony z trybun w głowę Pawła Stolarskiego. Później średnio co dziesięć minut widzieliśmy przepychanki, ale raczej bez groźniejszych ciosów, głównie szamotaniny i wyzwiska. Lechia przeważała piłkarsko, ale jakkolwiek oklepanie to zabrzmi – graliśmy derby, a nie zwykłą potyczkę ligową. Gadanie, że ten mecz rządzi się swoim prawami, akurat w przypadku starcia dwóch największych rywali jest prawdziwe. Atmosfera była wspaniała – poza pewnymi incydentami o których później – i to niosło gdynian. Pierwsze dwadzieścia minut arkowcy mieli świetne, to oni prowadzili spotkanie, grali pewnie gdzieś w okolicach 110 % swoich możliwości i tak naprawdę mogli prowadzić 2:0, ale pudłował Mateusz Szwoch i Dawid Sołdecki. Szczególnie ten drugi powinien choćby trafić w bramkę. Gospodarze wrzucili wyższy bieg, starali się narzucić duże tempo rywalowi, ale nic nie wpadło i w pewnym momencie zatracili pewność siebie. Można mówić – zapominamy o przeszłości, liczy się tylko dziś i tylko ten mecz, ale w głowie piłkarzowi pozostaje, że w poprzednich spotkaniach został skarcony. Choćby mecz z Pogonią Szczecin – tam też Arka przycisnęła, ale straciła dwie bramki, jedną głupszą od drugiej. Tu – to samo. Wrzutka, gol Marco Paixao i pewność siebie zostaje pogrzebana… Snajperowi Lechii było o tyle łatwo, że kryjący go Adam Marciniak nawet nie podskoczył. Inna sprawa, że na minę wrzucił go Krzysztof Sobieraj, który podskoczył przed nim i zasłonił Adamowi piłkę. Jeśli już jesteśmy przy Sobieraju – był to główny prowokator bójek. Faulował, prowokował, popychał, robił piłkarzom Lechii wszystko, co złe. Aż w końcu dostał łokcia od Flavio Paixao. Głowa całą noc będzie go boleć, ale przynajmniej Portugalczyk wyleciał z boiska na końcówkę.

Pierwszą część spotkania trzeba zapisać dla Lechii, mimo dobrego początku Arki, ale grę gospodarzy rozpędziła motywacja z trybun, ta ze strony chłopców podających piłki, którzy przy autach klepali po plecach swoich idoli (sympatyczne obrazki) oraz wprowadzeni: wspomniany wcześniej Błąd i Rafał Siemaszko. Ten pierwszy już po kilku minutach od wejścia uderzył na bramkę i doprowadził do remisu. Ale jego strzału by nie było, gdyby nie parodystyczna próba interwencji Stolarskiego, który wcześniej nie trafił w piłkę. W ogóle Paweł mało gdzie dziś trafiał, bo jego próby przerzutów piłki były mniej więcej tak samo udane, jak niegdyś Rafała Szukały w kadrze – długa piłka na połowę rywala, zupełnie do nikogo. Co do Błąda – wychowanek Zagłębia trochę zniknął z radarów po dołączeniu do Arki, ale wrócił w wielkim stylu. Więcej goli nie zobaczyliśmy, głównie za sprawą fatalnych pudeł (Szwoch, Sołdecki ze strony Arki) i bardzo dobrej postawy w bramce Jałochy, który w drużynie Arki był najlepszy na boisku. Derby na remis. Biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie, można powiedzieć, że to małe zwycięstwo Arki. 

Nie należy mimo wszystko pominąć tego, co działo się poza boiskiem – jasne, nikt nie myślał, że kibice obu zespołów złapią się za ręce i zaczną śpiewać miłosne pieśni, ale chyba jednak pewna granica dobrego smaku została przekroczona. Temat rac jest stary jak świat i wiele osób chciałoby doprowadzić do kompromisu, w którym odpalanie tych świecidełek byłoby dozwolone pod pewnymi warunkami, jednak decydujący o prawie muszą widzieć, że mają z kim o tym kompromisie rozmawiać. Co tu dużo kryć, obrazki z derbów na pewno nie pomogą i ci, którzy do rac mają stosunek całkowicie negatywny dostali do ręki całą talię mocnych argumentów. Można mówić, że race są absolutnie bezpieczne, ale jednak widok dwóch grup kibiców rzucających w siebie środkami pirotechnicznymi torpeduje wszelkie argumenty o bezpieczeństwie ich zastosowania na stadionach. Bezmyślność kibiców to jedno, ale trzeba też zwrócić uwagę, że sektor Lechii nie był zabezpieczony na mur beton – niby są dwie siatki, ale jak widać nie do końca spełniały one swoje założenia, w dodatku lechiści prawie wyłamali szyby oddzielające ich od boiska, dopiero nadejście oddziału policji zatrzymało ich działania w tym kierunku. W dodatku w sektorze gości zostawili graffiti na samej górze. 

 Co wiemy na pewno:  dobrze, że derby wróciły. Bez nich było jakoś tak pusto, Arka i Lechia potrzebują siebie nawzajem, bo rywalizacja będzie ich napędzać.

 

14 kolejka Lotto Ekstraklasy: 

Arka Gdynia – Lechia Gdańsk 1:1 (0:1)

 

0:1 M. Paixao 31′

1:1 Błąd 65′

 

Arka Gdynia: Jałocha – Zbozień, Sołdecki, Sobieraj, Warcholak, da Silva, Marciniak, Sambea (65′ Siemaszko), Hofabuer (59′ Błąd), Szwoch, Abbott (90′ Nalepa)

Trener: Grzegorz Niciński

 

Lechia Gdańsk: Milinković-Savić – Stolarski, Janicki, Maloca, Wawrzyniak, F. Paixao, Slavchev, Krasić (70′ Mila), Peszko, Kuświk (64′ Chrapek), M.Paixao (83′ Haraslin).

Trener: Piotr Nowak

 

Żółte kartki: da Silva (Arka) – Krasić, Peszko (Lechia)

 

Czerwona kartka: 86′ Flavio Paixao (Lechia) za uderzenie łokciem zawodnika

 

Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa)

 

 

Aleksander PISAREK,

Foto: Ziemowit BUJKO

By kkorpas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *