Przez 3 dni trenowali i ścigali się ze sobą. Było ich łącznie 18. Sześciu, wśród nich jedyny Polak, Łukasz Czepiela stanowiło bezpośrednie zaplecze światowej elity. Oni walczyli o jak najwyższe miejsce w światowym rankingu, co może dać im przepustkę do tej najwspanialszej dwunastki, najlepszych z najlepszych. Challengerzy rozegrali swoje zawody w sobotnie popołudnie. Niestety nasz jedynak nieco rozczarował licznie zgromadzoną publiczność. Chyba nie wytrzymał presji, którą sam poniekąd sobie stworzył, zapowiadając dobry wynik. Zajął piąte miejsce tracąc do zwycięzcy nieco ponad 4 sekundy, a do podium blisko 0,3 sekundy. Wygrał najmłodszy w tym gronie, 25-letni Niemiec Claudius Spiegel.

Tego samego dnia odbył się też wyścig kwalifikacyjny dla elity. Najlepszy rezultat i prawo startu w zawodach, jako ostatni uzyskał Paul Bonhomme, Brytyjczyk, który jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem w tym gronie. Ma na koncie 2 tytuły mistrza świata, a łącznie zwyciężył w 13 wyścigach klasy MASTER.

Nazajutrz w niedzielne popołudnie mierzyć się miało ze sobą najpierw wszystkich 12 zawodników. Do drugiej tury przechodziło 8 najlepszych, którzy z kolei wyłaniali spośród siebie najlepszą „czwórkę”. Eliminacje odbywały się podobnie jak w skokach narciarskich, w parach, które tworzyli pierwszy w wyścigu kwalifikacyjnym z ostatnim (12), drugi z jedenastym, trzeci z dziesiątym… itd. Przy czym do czołowej „ósemki” kwalifikować się miał zwycięzca każdej pary i dodatkowo dwóch zawodników (tzw. lucky looserów) z najlepszymi czasami.

Tu ponownie „postraszył” wszystkich Paul Bonhomme, który „wykręcił” świetny wynik 1:09,100. O circa 0,7 sek. wyprzedził Nicolasa Ivanoffa z Francji i Australijczyka Matta Halla. Dopiero piąty czas, gorszy od zwycięzcy o prawie 2 sek. uzyskał liderujący klasyfikacji generalnej mistrzostw Austriak Hannes Arch. Wygrał jednak pewnie z Japończykiem Yoshihide Muroyą i bez problemów wszedł do „ósemki”. W zasadzie skład tej grupy nie był zaskoczeniem, gdyż wszyscy potencjalni faworyci gdyńskiej imprezy się w niej znaleźli. Emocje zatem zapowiadały się ogromne przed kolejną rundą.

Nie wszyscy zawodnicy niestety poradzili sobie z tymi emocjami i z presją. Jako pierwszy leciał Węgier Peter Besenyei, najstarszy zawodnik w stawce. Niestety lata świetności chyba już za nim, ponieważ czas, jaki uzyskał nie porażał. Był gorszy od wyniku uzyskanego przez Madziara w TOP – 12, a do tego zawodnik otrzymał 2 sekundy kary za zbyt wysoki przelot nad bramką. Lecący po nim 30-letni Kanadyjczyk Pete McLeod miał świetny czas otwarcia, ale przekroczył dopuszczalne przeciążenie i został zdyskwalifikowany. Drugiego podejścia do toru już nie wykonał. Australijczyk Hall, mimo iż miał czas nieco gorszy, niż wcześniej, postawił poprzeczkę dość wysoko. Nie pokonał go Amerykanin Kirby Chambliss, który poprawił swój wynik z poprzedniej rundy o ponad sekundę. Gorszy czas miał także Francuz Ivanoff, który dodatkowo jeszcze „zarobił” 2 karne sekundy za niewłaściwy poziom lotu na mecie. Przed lotami trzech największych faworytów przybysz z Antypodów mógł się więc już cieszyć z miejsca w ścisłym finale. Hannes Arch nie pozostawił wątpliwości, ko jest głównym pretendentem do wygrania tego wyścigu. Jako pierwszy zszedł poniżej jednej minuty i dziewięciu sekund (wcześniej udało się to co prawda Niemcowi Matthiasowi Doldererowi, ale został on ukarany 4 sekundami kary). Lecący po Austriaku Nigel Lamb z Wielkiej Brytanii miał wynik o prawie sekundę słabszy, ale i tak zajmował drugie miejsce przed Hallem. Jako ostatni w TOP-8 wystąpił Paul Bonhomme. I znów, podobnie, jak w Malezji ten doświadczony zawodnik nie wytrzymał presji. Uzyskał trzeci czas otwarcia, ale potem… było coraz gorzej. Anglik ukończył przelot z czwartym czasem, ale sędziowie dopatrzyli się zbyt wysokiego lotu na jednej z bramek i doliczyli mu 2 karne sekundy, które sprawiły, że czwartym finalistą został nieoczekiwanie Amerykanin Chambliss, a Bonhomme ponownie zadowolić się musiał piątym miejscem.

 

Tuż przed wielkim finałem widzowie mogli podziwiać pokaz kunsztu lotniczego Łukasza Czepieli, który kręcił na niebie rozmaite figury, pętle, beczki… To się wzbijał w górę, by po przewróceniu się na plecy spadać pionowo w dół, w ostatniej niemal chwili wchodząc w piękny ślizg.

 

I wreszcie decydujące rozdanie. Mający na koncie po dotychczasowych startach 0 punktów Amerykański pilot Kirby Chambliss wystartował jako pierwszy i… udowodnił, że w finałowej „czwórce” znalazł się raczej przypadkowo. Czas 1:12,918 był najgorszym, jaki padł w niedzielnych zawodach (dotyczy to czasów „netto”, przed ewentualnym doliczeniem kar). Pozostali zawodnicy również osiągali wyniki odbiegające daleko od swoich najlepszych tego dnia.

Pomimo uzyskania czasu o prawie jedną sekundę słabszego, niż w półfinale zwycięzcą tej ostatecznej rozgrywki Red Bull Air Race Gdynia został austriacki lider klasyfikacji generalnej Hannes Arch, który umocnił się na pierwszej pozycji i zwiększył przewagę nad drugim w klasyfikacji Paulem Bonhomme do 13 oczek, gromadząc łącznie 42 punkty. Dla Austriaka jest to wyjątkowy sezon. Na cztery wyścigi wygrał dwa i dwukrotnie był drugi. Trzeci w rankingu jest Nigel Lamb (który w Gdyni był drugi) z 26 punktami, a czwarty Matt Hall (w Gdyni na trzecim stopniu podium), który zgromadził dokładnie o połowę mniej punktów od lidera.

Do końca mistrzostw pozostały jeszcze cztery przystanki. Najbliższy z nich to Ascot w Wielkiej Brytanii już 16-17 sierpnia.

 

Na zakończenie należy podkreślić, że debiutująca w roli organizatora tak wielkiej światowej imprezy Gdynia została wysoko oceniona zarówno przez samych zawodników, jak też przez zespół organizacyjny. Ocenia się, że łącznie zawody na żywo w przeciągu trzech dni obejrzało ponad 800 tys. osób. Jak podaje www.gdynia.pl: Na terenie imprezy masowej, która obejmowała plażę Śródmieście i bulwar Nadmorski, w szczytowym momencie znajdowało się 68 tysięcy ludzi. Mimo dużej liczby zainteresowanej awiacją publiczności, żadna z bramek wejściowych ani przez chwilę nie była zamknięta, a wejścia i wyjścia osób odbywały się płynnie. Należy podkreślić, że przez cały weekend w Gdyni było bezpiecznie i obyło się bez większych incydentów.

Sporo osób zdecydowało się na obserwację zawodów od strony morza. Na redzie Gdyni podczas rywalizacji najlepszych pilotów świata znajdowało się ponad 100 łodzi, które tworzyły malownicze tło dla wyścigów. Było to doskonale widoczne w przekazie telewizyjnym TVP 1, która przeprowadziła bezpośrednią transmisję z finałowej serii lotów. Prawa do transmisji niedzielnego wyścigu miało 80 stacji telewizyjnych z całego świata. 

W ciągu dnia ulice miasta pozostawały drożne, choć trzeba było liczyć się z utrudnieniami w ruchu. Spora część z oglądających zawody osób dostała się do centrum Gdyni środkami transportu zbiorowego – kolejkami SKM oraz autobusami i trolejbusami ZKM Gdynia, co znacznie usprawniło komunikację. 

Podsumowując, w trakcie weekendu z lotniczymi mistrzostwami świata przez teren imprezy przewinęło się 855 tys. osób, z czego 137 tys. w piątek, 300 tys. w sobotę i 417 tys. w niedzielę.

Jedynym zgrzytem była zmiana miejsca dekoracji zwycięzców i pozbawienie widzów przyjemności oglądania „na żywo” tej ceremonii. Było to podyktowane wymaganiami stacji telewizyjnych obsługujących imprezę, które musiały zmieścić tę ceremonię w czasie antenowym. Niestety, nie po raz pierwszy (i pewnie nie ostatni) interes stacji telewizyjnych wygrywa z „widzem na żywo”.

 

 

Ziemowit BUJKO,

foto: autor

By kkorpas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.